Październik. Nad Nowym Jorkiem wisi gorące powietrze, jakbyśmy byli w tropikach, a geografia stanowiła rzecz umowną. Przejechaliśmy już pod Upper East Side i u pierwszych domów Harlemu wagon metra wynurzył się spod ziemi, żeby wieźć nas coraz głębiej w inny świat, nagle bardziej znajomy; świat, który wkracza do naszego wagonu w postaci znoszonych butów i lakieru odpryskującego z paznokci. Jest niedziela, a niedziela i Bronx oznacza roboty na torach, nieplanowane przesiadki, czekanie na wyludnionych peronach i jeszcze niekończącą się jazdę autobusem, zanim spośród chaotycznej urbanistyki wyłonią się wysokie bloki osiedla Co-Op City. Chłopak w kapturze przytrzymuje przede mną drzwi windy.

Spóźniłam się pół godziny. Nie szkodzi, mówi pan Gombiński. On już od dawna nigdzie się nie spieszy.

W salonie gruba brzoskwiniowa wykładzina pochłania odgłos kroków. Wszystko zrobiłem tu sam, mówi pan Gombiński, dla żony. Żona umarła. Na komodzie spostrzegam jej zdjęcia, nad nimi wisi fotografia sompoleńskiej bóżnicy, już po remoncie. W łazience, gdzie ściany otula lawendowa tkanina, wraz ze światłem automatycznie włącza się radio, trwa jakaś pogadanka o zdrowiu i podczas gdy myję ręce, męski głos wyjaśnia mi mechanizm zawału serca.

Israel „Julek” Gombiński / Julius Gombin, fot. Olga Stanisławska, Nowy Jork, 2008

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Juliusa Gombina i autorki

Matkę Julka jako młodą dziewczynę wydano za mąż za jej własnego wuja, starszego człowieka. Nazywał się Samuel Gombiński, miał dom na rogu rynku i ulicy Krótkiej. Widziałam jego podpis na dziesiątkach aktów bóżniczych z Sompolna. Może gmina posyłała po niego, kiedy brakowało wymaganych świadków? Ojciec już nie pracował, mówi Julek, a jednak co dzień osobiście zamiatał chodnik przed ich domem. Mieszkali na piętrze, a w pokojach mieli tapety w modny deseń. Za chwilę zobaczę ten deseń na zdjęciu, na którym Julek gra w szachy z Abramem Kolskim. Jest tam jeszcze dwóch przejętych kibiców, kaflowy piec i bukiet suchych kwiatów nazywanych srebrnikami Judasza.

Był jedynakiem. W papierach miał Izrael, mama mówiła Julek. W Łodzi uczył się, jak naprawiać radioodbiorniki. Marzył o Palestynie, ale od wujka z Ameryki dostał bilet do Nowego Jorku. Pomyślał, że stamtąd będzie jakoś bliżej do Tel Awiwu.

Całe Sompolno odprowadzało Julka na autobus, gdy wyjeżdżał – opowiadał mi Abram Bielawski, mój przewodnik po tamtych czasach. „Całe Sompolno” znaczyło w tym przypadku, jak myślę, Sompolno żydowskie i może jednego czy dwóch nieżydowskich kolegów.

W marcu 1939 roku Julek odpłynął do Ameryki na pokładzie statku „Batory”. Kilka listów od mamy dotarło jeszcze na Bronx. Potem przychodziły już tylko kartki napisane po niemiecku, na których całe zdania zamalowano czarnym tuszem. W końcu kartki też się urwały. Mniej więcej w tym czasie Julek poznał swoją przyszłą żonę, też z Polski, z Kołomyi. W papierach miał teraz Julius Gombin.

Prócz Abrama zdążyłam już rozmawiać z dziesięciorgiem innych ocalałych Sompolniaków.

przy szachach: Abram Kolski, X, X, Julek Gombiński

Na statek zabrał album ze zdjęciami. Wywoływali je zwykle we dwóch, mówi, z Jochananem Szatanem, tym, na którego kilka lat później na budowie w Bucharze zawalił się mur.

Dziewczyna na stopniach szkoły, chłopak w kapeluszu. Julek nie może zobaczyć ich twarzy. Bez większej nadziei przybliża teraz do zdjęć lupę, choć lupa od dawna już nie wystarcza.

Zaglądam mu przez ramię. Widzę twarze. Jak mam dopasować je do osób, o których słucham, odkąd nagrywam opowieści o Sompolnie?

Od lat próbuję zbadać, kto co z tego wszystkiego zapamiętał, jak i dlaczego. A raczej: jaką pamięcią jest skłonny się podzielić? Do jakich pamięci potrafimy sięgnąć, jakie kształtują naszą przyszłość? Żydzi, Polacy, Niemcy – tak wtedy o sobie mówili, choć oczywiście nie znaczyło to zawsze tego samego dla każdego, i każdy też różnie mógł o sobie myśleć w różnych momentach. Nie każdy mówi z podobną intencją, to jasne, nie wszystkie słowa mają ten sam ciężar. W jakimś sensie każdy jest jednak fałdą w czasie, dokłada się do całości, pozwala jakoś wyłaniać się jej sensom. Te opowieści są polem walki i przestrzenią porozumienia między nami. Wciąż na nowo ustanawiają kraj po – fantazmatyczny kraj, w którym po części żyjemy.

Abram Kolski, Julek Gombiński

My…? Jacy my? My wszyscy – ci, którzy w Sompolnie, Łodzi, Warszawie albo Jerozolimie, pod Monachium czy w Nowym Jorku słuchaliśmy takich lub podobnych opowiadań, ale i milczeń.

Wiem już zatem, kto z kim trzymał gołębie, a z kim lubił wybrać się do kina, kiedy miał złotówkę. Kto mył włosy klientom fryzjera Poznańskiego (Kazia), a kto uczył się stolarki u Walaszczyka (Abram). Kto stawiał na Bund (Herszenbaum), kto na Żabotyńskiego (Wolman), a kto na lewicowy syjonizm (prawie cała reszta). Wiem, kto ocalał i po wojnie wrócił do domu, i wiem też, dlaczego w nim nie został. Ale teraz patrzę na te twarze, kartka za kartką i nie wiem, kto jest kim.

Wiele miejsc jest pustych. Ci, którzy przeżyli obozy, zwykle nie mieli przecież zdjęć, ani swoich bliskich, ani własnych. W ich domach od kilku lat mieszkał już ktoś inny. Julek oddawał im fotografie z albumu.

Te puste miejsca oznaczają, że ktoś – a może ktoś z rodziny? – przeżył. Czy ci, co pozostali w albumie, to ci, o których już nie miał kto się upomnieć?

jeden z braci Szatanów w Palestynie

Zeskanowałam cały album Julka Gombińskiego. Kilka dni później pojechałam z wydrukami do Nanuet w dolinie rzeki Hudson.

Nanuet, jak Manhattan, to słowo z języka Lenape – narodu, do którego należały te tereny, dopóki nie wysiedlono go do Oklahomy. Szesnaście tysięcy obywateli i obywatelek USA wciąż uważa się za Lenapów. Nanuet w październiku przypomina dekoracje do filmu familijnego: trawniki zasypane żółtymi listkami, na każdym ganku wydrążone dynie. Dynie to zwyczaj irlandzki. Duchy Lenape pewnie jakoś się dogadują z duchami Éire.

Lee Berendt – niegdyś Lipman – przed domem umieścił amerykańską flagę. Na zdjęciu z wyzwolenia Dachau, zaaranżowanym na drugi dzień po oswobodzeniu obozu, można zobaczyć go pośród wiwatujących więźniów; nad nimi powiewa taka sama flaga.

Jego córka Debbie otwiera drzwi do piwnicy, żeby wziąć mnie na świadka. Nawet wzdłuż schodów Lee porobił półki i wszystko zastawił szeregami puszek i słoików.

– Popatrz tylko, on ma tu zapasy na całe życie – kręci głową Debbie. – Jest gotowy na apokalipsę.

– Może słusznie? – próbuję obrócić to w żart. – Na filmach Marsjanie zwykle zaczynają inwazję od okolic Nowego Jorku.

Lee tylko podnosi na mnie wzrok.

Skany zdjęć z albumu Julka Gombińskiego rozkładamy w kuchni. Lee, który ma dobry wzrok i retencyjną pamięć, wymienia po kolei nazwiska, zniecierpliwiony. On woli trudniejsze wyzwania. Dla mnie jednak następuje wcielenie. Osoby, które były dotąd tylko urywkiem czyjejś opowieści, stają się nagle widzialne.

Dlaczego w ogóle nie przypuszczałam, że mogli być na zdjęciach? Że z niefrasobliwą lekkością wzajemnie się fotografowali, koledzy i koleżanki, nie myśląc o tym, jakiej wagi nabierze ten moment przy szachach, w ogrodzie? Całą grupką na tle stogu siana i jeszcze raz, tylko ciut dalej. Nad stawem, na drzewie. Na skwerku przy pomniku Sienkiewicza, wprost pod oknami mojego taty. Z rowerami w lasku.

Israel „Julek” Gombiński (na stojąco, po lewej) i Chaim Poznański (na stojaco, w środku) wraz z przyjaciółmi

Wolman wyciągnął się na kanapie, zamknął oczy. W jego twarzy jest coś takiego, że wydaje się wyjątkowo namacalna. Ramiona ułożył pod głową. Słucha muzyki? Spod jego marynarki wystaje biały kabel od słuchawek. Nie, no skąd, jakie wyobraźnia potrafi płatać żarty, to musi być frędzel cyces. Przenoszę wzrok z powrotem na zdjęcie. Jest na nim tylko kawałek sznurka. Sznurek zawija się, wybiega w naszą stronę, napędza dynamo zdjęcia. Wolman śpi. Musi minąć jeszcze rok czy dwa, zanim pójdzie do kampanii wrześniowej, żeby walczyć w niej jako żołnierz polski, a potem na zaśnieżonej drodze na Parczew zginąć jako jeniec żydowski. Bo żołnierze niemieccy, którzy wzięli ich do niewoli, powybierali Żydów i pędzili ich całą noc, aż Lajb Wolman postradał zmysły i zastrzelili go tam, wśród wielu innych. Wiem to dlatego, że Chaimuś Bechler był przy tym i kiedy kilka miesięcy później zdołał wrócić z niewoli do Sompolna, opowiedział o tym Abramowi Bielawskiemu, też nocą, na balkonie zawieszonym nad rynkiem, bo z okna Bielawskich można było w ciemności przeleźć na balkon Bechlerów. A Abram wiele lat później opowiedział to mi.

Lejb Wolman

W rejestrze warszawskiego getta, należącym do wykopanego spod ziemi po wojnie Archiwum Ringelbluma, widnieje jednak adres przy ulicy Dzikiej 3 i zapis: „Lajb Wolman, uchodźca z Sompolna”. Jak gdyby było możliwe, że Wolman wstał z płytkiego zimowego grobu pod Parczewem, by pożyć jeszcze życiem po życiu w getcie i przepaść ostatecznie gdzieś indziej; a może nawet dalej tułać się po omacku z zamkniętymi oczyma, dźwigając przez mroki swoje uśpione ciało.

Tych dwóch chłopaków w zachlapanych farbą drelichach, którzy pozują Julkowi na drabinie, to właśnie Lajb Wolman i Jochanan Szatan. Jest z nimi trzeci – kto? Widać tylko dół jego twarzy. Długo można się wpatrywać w to zdjęcie. Tak jak one wszystkie, wprawia myśli w wahadłowy ruch. W dwóch kierunkach; jakby ta wątła ścieżka dostępu do świata-jaki-był stanowiła zarazem przesmyk ku światu-jaki-mógł-być.

Stoją na szczeblach drabiny jak na podium. Przywodzą na myśl heroiczną ikonografię odbudowy, cały naród buduje swoją stolicę, lata podnoszenia Warszawy z ruin i kształtowania na nowo tego kraju, te lata, z których wykluła się w końcu nasza dzisiejszość. Choć przecież na zdjęciu jesteśmy nie w powojennej Warszawie, lecz w przedwojennym Sompolnie, i to jest tylko czyjeś mieszkanie, gdzie trzeba pociągnąć ściany na bladą żółć czy róż. A jednak wkrada się tu jakaś potencjalność, rozpoczyna ćwiczenie z wyobraźni. Odtąd robotnicy z płaskorzeźb na warszawskim placu Konstytucji będą przywodzić mi na myśl Wolmana i Szatana. Otworzyła się przestrzeń – miejsce na historię potencjalną. Jakby można było wyobrazić sobie jakąś inną Polskę powojenną, w której ci, którzy ocaleli: Abram, Lipman, Kazia Piotrkowska, Szyja Herszenbaum, Gienia Boruch czy Rubin Offenbach mogliby po prostu żyć. I w końcu też trochę Polskę dzisiejszą.

Lejb Wolman (w środku) i Jochanan Szatan (po prawej)

Zaczynam ich sama rozpoznawać na zdjęciach. Jochanan Szatan, którego lubiła Kazia Piotrkowska, wykłada kołnierz koszuli na klapy marynarki, a włosy zgarnia falą znad czoła jak Słowacki. Julek Gombiński jest najniższy z nich, z jasnymi lokami wygląda trochę dziecinnie.

Frania Bielawska, Hania Bechler, Edka Łachman. Edka trzyma się z Franią za ręce, patrzą sobie w oczy.

Chaim Poznański, fryzjer. Uśmiechnięty, rozmawia z dziewczyną na podwórzu domu, w którym zbierał się Haszomer Hacair. A może ona chce przejść, a on się z nią droczy? Dlaczego nagle odwróciła głowę?

Lee znał jednak tylko swoich rówieśników. Kim są ci inni – przyjezdni młodzi ludzie, którzy w kibucu na Piotrkowskiej szykowali się do pracy w Palestynie? A ten oddział żołnierzy? Dwie kobiety z dzieckiem na podwórku i te panie w kostiumach kąpielowych?

Album był trochę za duży i musiałam skanować strony po kawałku, fragmentami.

Julek umocował zdjęcia za pomocą rożków z czarnego kartonu, więc fotografie nie przylegały dość ściśle do szyby skanera i prawie wszystkie postacie wyszły lekko nieostre. Tak przez lata widziały je oczy Julka, słabnące z roku na rok.

od lewej Chaimek: Abramowicz z Warszawskiej i Chaim Poznański; po prawej: Julek Gombiński

Edka Łachman i Frania Bielawska

lokal Haszomer Hacair przy Piotrkowskiej, od lewej: Zalman Leszczyński i Salusia Goldszajn; po prawej: Chaim Poznański

członkowie Haszomer Hacair:

  • w pierwszym rzędzie od lewej: trzy osoby z Hahszary na Piotrkowskiej; następnie dwóch braci Kotowskich z Rynku; z głową opartą na ręce Szol Wilczyński; wprost za nim stoi Hanka Abramowicz z ulicy Warszawskiej; za nią w prawo: Abram Kominkowski
  • w drugim rzędzie od lewej stoją bracia Izrael i Dawid Kolski
  • centralnie: w ciemnej bluzce patrzy w bok Luba Sompolińska; za nią z dłońmi na jej ramionach Kazia Przedecka z białym trójkątnym kołnierzykiem
  • nad Kazią Przedecką Róża Żelewska, z dużym białym rozwartym kołnierzykiem; zza jej ramienia wygląda Jochanan Szatan
  • w lewo od Kazi Przedeckiej patrzy wprost na fotografa uśmiechnięta Kazia Lajmerówna z Toruńskiej; w lewo od niej Chaim Poznański; w lewo od Chaima Frania Bielawska z dłonią przy twarzy
  • bardziej w tyle, tuż za dziewczyną w białej bluzce, Icek Lubraniecki; po jej drugiej stronie koleżanka, a po drugiej stronie koleżanki Jakub Wilczyński z Piotrkowskiej
  • z tyłu pod samą ścianą z najbardziej białym kołnierzykiem Wilczyńska, córka Nachmego z Warszawskiej; patrząc w lewo od niej najpierw koleżanka, potem wysoka Sompolińska, potem kolega, a następnie Lajzer Wilczyński, brat bliźniak Szola

przy stogu: X, Jochanan Szatan, Salusia Goldszajn, Kazia Przedecka, Julek Gombiński

Israel „Julek” Gombiński / Julius „July” Gombin (1917–2019) zmarł w Nowym Jorku w wieku 102 lat, pięć tygodni przed stu trzecimi urodzinami. Lee Lipman Berendt (1924–2014) umarł pięć lat wcześniej. Serdecznie dziękuję ich rodzinom za wsparcie.

Dziękujemy również Lorie Gombin za zgodę na udostępnienie albumu jej ojca.

Dla Przemysława Nowickiego podziękowania za wskazanie zapisu w Archiwum Ringelbluma.

Książka Olgi Stanisławskiej ukaże się w 2026 roku. Dokumentację wsparło stypendium MKDiN.